Asen24′s Blog

16.06.2009

Odmówić czy uznać prawo blogera do udziału w debacie publicznej?

Tydzień temu “Dziennik” ujawnił tożsamość anonimowej blogerki Kataryny, a mimo to temat nadal nie schodzi z czołówek internetowych serwisów, głównie za sprawą samego Dziennika, który opublikował już chyba 50 artykułów na ten temat. Niezgrabną manipulacją zmienił jednak linię argumentów. Rozpoczął od ataku na prawo do anonimowości Kataryny – blogerki o określonym pseudonimie, publikującej na określonym blogu, ostro, krytycznie ale bez bluzgów i chamstwa – a dzisiaj (”Dziennik”) produkuje seryjnie artykuły o jakości dyskusji w internecie. Nawet rozpoczął akcję (społeczną?) Stop chamstwu w sieci!

Ale nie o “Dzienniku” mam zamiar pisać, postawa jego dziennikarzy i obrona ich “do krwi ostatniej”, kolejno przez Naczelnego i Wicenaczelną “Dziennika”, jest na tyle żenująca, że wystarczy samo odesłanie do oryginału. Łatwo byłoby zabłysnąć elokwencją komentując poziom takiego dziennikarstwa, ale sprawa jest znacznie szersza i dotyczy ważnego dla wszystkich tematu: jak realizować cele społeczeństwa informacyjnego, takie jak możliwość docierania do informacji,  komunikowania się wielu różnorodnych grup czy prowadzenia debat, a nawet chronienia obywateli przed możliwymi niebezpieczeństwami. Dla dziennikarstwa obywatelskiego to kluczowy temat.

“Dziennik” postanowił wykluczyć z debaty publicznej osoby, które nie przedstawiają się z imienia i nazwiska, posądzając je o tchórzostwo (insynuacje), zarzucając nierzetelność (bez podawania przykładów), dowodząc, że ukrywanie tożsamości ma na celu uniknięcie odpowiedzialności prawnej z powództwa cywilnego (insynuacje i brak przykładów). Większość argumentów, które padają można przyrównać do sytuacji zaskoczonego dziecka, które przysnęło i obudziło się z ręką w nocniku.

Czas na przebudzenie mediów

Od dziesiątków lat dziennikarstwo cieszyło się bardziej domniemanym, niż faktycznym szacunkiem. Przecież jeszcze  zupełnie niedawno można było przeczytać wypisywane na murach hasło “telewizja kłamie”. Dopóki jednak przekazywanie informacji przebiegało jednokierunkowo, można było dojść do przekonania, że występujący w telewizji i radiu czy publikujący w prasie dziennikarze znają się na swoim fachu, służą społeczeństwu swoją wiedzą i zaangażowaniem. Rozczarowany odbiorca mógł sobie najwyżej rzucić kilka przekleństw w czterech ścianach lub wysłać uprzejmy list do redakcji, który i tak nie miał szans na publikację w rubryce “Listy od czytelników”. Internet boleśnie odmienił ten błogi stan.

Dziennikarz pisze artykuł, popełnia w nim kilka rzeczowych błędów, a one natychmiast po publikacji podlegają surowej ocenie czytelników. Przyjmijmy, że krytyka pada w nieparlamentarnej formie – czy to lepiej czy gorzej od sytuacji, która panowała przed erą internetu? Odpowiedź jest prosta – to zależy dla kogo.  Niestety dla dziennikarzy, ich krzywda nie jest dla czytelników priorytetem, może to brutalne, ale cenniejsza jest rzetelna informacja niż dobre samopoczucie dziennikarza, który niezbyt dobrze odrobił swoją lekcję.

Czytelnicy także mają powody do rozczarowania. Mimo szumnych haseł o służeniu społeczeństwu i o doniosłej roli dziennikarstwa, ten zawód nie spełnia pokładanych w nim oczekiwań. Wynik finansowy medialnych korporacji, które są właścicielami stacji telewizyjnych i koncernów prasowych, stawia pod znakiem zapytania interes odbiorców. O ile przed wielu laty czytelnik czy widz był dobrem, o które zabiegały media, obecnie z podmiotu stał się przedmiotem w ich rękach. Media zabiegają o reklamodawcę, który przynosi im sowite zyski, a aby osiągnąć wytyczane przez niego cele częstokroć poświęcają swoich czytelników, tych samych którzy niegdyś zbudowali ich markę.

blogosferaWyhodowaliście na swojej piersi potwora

Poziom dziennikarstwa nie tylko w Polsce, ale na całym świecie spada. Postępująca tabloidyzacja, czyli odstępowanie od opiniotwórczej roli na rzecz schlebiania masowemu odbiorcy, może i jest uzasadniona finansowo, jednak to właśnie lansowanie (bez obrazy) pupy Paris Hilton i epatowanie sensacyjnymi nagłówkami kosztem niewzbudzających emocji społecznie ważnych tematów, zrodził w internecie alternatywę w postaci serwisów blogerskich, które wypełniły pustkę pozostawioną przez zapatrzone w zysk koncerny medialne.

Dzisiaj winą blogerki jest fakt, że w pojedynkę zaczęła kreować opinię swoich czytelników. Czy była aż tak skuteczna, że zawodowi dziennikarze poczuli się zagrożeni? Może sądzili, że to poletko należy się tylko im, i tylko w takiej formie jaką sami wybrali. Czy nieuzasadnione są takie wnioski w kontekście pogardliwej wypowiedzi kolegi Michalskiego, który najwyraźniej nie uważa mnie za kolegę po fachu, bo pisze m.in. o mnie (dziennikarzu obywatelskim ukrywającym się pod pseudonimem Asen): Tłukąc w klawisze na poddaszu czy w biurze i przeżywając swoją wolę mocy, dopóki nie usłyszą krzyku szefa albo wołania żony czy mamy przypominających o obowiązku wyniesienia śmieci albo wyprowadzenia pieska”.

To zderzenie starych i nowych mediów. Odmówić czy uznać prawo blogera do udziału w debacie publicznej? Pokazać w polemice jak bardzo się myli i błądzi, wykazać nierzetelność, a może uderzyć w człowieka, zapytać kim jest, co dokonał, pogrzebać w życiorysie i wyciągnąć dziadka z Wehrmachtu? Czy stare media nie stać na więcej?

Anonimowość jest cenna

Jest wiele powodów by w internecie zachować anonimowość, i wcale nie musi to wynikać ze strachu przed konsekwencjami. Takie zachowanie podpowiada zdrowy rozsądek. Dlaczego bloger  musi być otwartą księgą (w google), dlaczego wpisanie w wyszukiwarce jego imienia i nazwiska przez nieznaną mu (anonimową) osobę ma odkrywać przed nią, poza jego podglądami na wiele dziedzin życia, także miejsce zamieszkania, stan rodzinny, pracodawcę czy aktywność zawodową? Jeżeli nie kandyduje na stanowiska państwowe, a jedynie pragnie korzystać z prawa do udziału w publicznej debacie, to dlaczego musi ujawniać swoją prywatną sferę, czy ta obywatelska postawa pozbawia go prawa do ochrony prywatności?

Imię i nazwisko, zwłaszcza uznanego dziennikarza, automatycznie daje mu uprawnienie do udziału w debacie publicznej. Bez względu na to czy wypowiada się rzeczowo czy nie, ewentualnie kompromituje siebie, bądź swojego wydawcę. Osoba, która ukrywa się pod pseudonimem musi przebyć znacznie dłuższą drogę, żeby stanąć z nim w równym szeregu. Łatwo ulec pokusie by odebrać anonimom prawo do udziału w debacie publicznej, nie sposób jednak nie zauważyć zjawiska, że niektórzy z nich – mimo ograniczeń, które na siebie nałożyli podejmując decyzję o oddzieleniu sfery publicznej od prywatnej – potrafią przebić się do szerszej opinii publicznej. Mają takie prawo, a oburzenie internautów ujawnieniem danych osobowych Kataryny dowodzi, że mają także poparcie społeczne.

Nie ulegajmy manipulacji “Dziennika”, nie chodzi o ukrócenie chamstwa w internecie, ale o dopuszczenie do głosu alternatywnych dla mainstreamu uczestników debaty. Nie mam żadnych wątpliwości, że blogerzy takim medium są i że ich rola będzie rosła bez względu na to czy będą  publikować pod nieznanym imieniem i nazwiskiem czy pod anonimowym pseudonimem. Oczywiście w parze z anonimowością musi iść odpowiedzialność, jednak nie widzę tych pozwów, które nareszcie mogą zostać wysłane ujawnionej przez “Dziennik” blogerce.

Media nie są zainteresowane ukróceniem chamstwa w internecie

A chamstwo? To nie dziennikarze pierwsi spotkali się z chamstwem w internecie, to blogerzy przeszli chrzest bojowy, wystawiając się na krytykę czytelników. Wielu zrezygnowało z pisania, ci jednak, którzy przetrwali udowodnili, że chamstwo w internecie nie musi stanowić problemu. Dopiero ich śladem podążyli dziennikarze tworząc swoje blogi, niektórzy kilka lat po Katarynie.

Od czego jest moderacja? Blogerzy potrafią utrzymać porządek na swoich blogach, to portale medialnych koncernów udostępniają internetowym trollom swoje fora. Znowu wkraczamy w sferę, gdzie warunki ustala zysk. Który to portal (Onet czy Gazeta), pierwszy dumnie ogłosił, że jego użytkownicy pozostawili na jego forach miliard komentarzy? Ile mniej byłoby ich, gdyby moderacja eliminowała bluzgi i chamstwo? A o ile mniejszy byłby ruch we własnej grupie serwisów? Ruch, który jest aż tak ważny by go wręcz kupować, co ostatnio opisywał… zawodowy dziennikarz? Nie – bloger Hazan, w kilku wpisach na swoim Antywebie. Zebrałem je w artykule: Kupujemy ruch, a potem się chwalimy. Trolle, zmora internetu, generują nieprawdopodobny ruch portalom. Kto jest zatem zainteresowany ich wyeliminowaniem? Internauci tak, media nie.

Anonimowych Kataryn będzie więcej i będą wnosić do debaty nowe wartości. Z pewnością nie obniżą one poziomu dziennikarstwa, które zafundował nam “opiniotwórczy dziennik”.

Zobacz także (subiektywny wybór prasy):
- Wywiad Michała Kuźmińskiego z Danem Gillmorem: “Gdy internauta staje się dziennikarzem
- Ryan Kim, NYT: “Komentuję, więc jestem
- Janina Jankowska: “Utracona cześć Cezarego Michalskiego
- Marta Wawrzyn: “Nie płakałam po Katarynie
- Waldemar Pawlak: “Kataryna pokonała Dziennik
- Antypress: “
Jestem wywoływaczem kliknięć, nie dziennikarzem
- Vagla: Zaproszenie na 1 czerwca br: “Konferencja SDP: Co wolno Katarynie, a co wolno “Dziennikowi

———————–
Na zdjęciu: Brad L. Graham, człowiek, który pierwszy użył terminu blogosfera – autor Aeioux, licencja CC BY-NC
Prawda, że blogosfera ma przyjazną twarz? Gęba, którą próbuje się jej przyprawić jest fałszywa.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 2.5 Polska.

04.05.2009

Kupujemy ruch, a potem się chwalimy

Filed under: Uncategorized — asen24 @ 23:11
Tags: , , , , , , , , , , , ,

Antyweb, blog a może już serwis internetowy, trudno wyznaczyć granicę. Hazan, który stworzył Antyweb pisze, że dla niego jest to miejsce, gdzie z czystą przyjemnością opisuje co się dzieje w polskim i światowym internecie. Ja dodam od siebie, że z czystą przyjemnością zaglądam na Antyweb dosyć regularnie. Pomaga mi w tym powiadamianie o nowych notkach, które otrzymuję na blipa.

Dlaczego jestem wiernym czytelnikiem? Nie jestem anglojęzyczny, dlatego AW, który często komentuje zagraniczne serwisy, jest dla mnie naturalnym źródłem informacji. Autor nie przypisuje sobieantyweb całej wiedzy, często notki są dopiero przyczynkiem do dyskusji. A sama dyskusja w komentarzach uzupełnia pozytywną ocenę.

Ostatnio wprawił mnie w zdumienie artykuł z 29 kwietnia br.: Interia mówi, tak kupujemy ruch (bo inni też tak robią) opisujący nowy zakup Interii.pl – serwis Chomikuj.pl. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że Interia kupując… nie została formalnym właścicielem serwisu Chomikuj.pl. Interia nie kupiła serwisu tylko jego ruch. Po tej “transakcji” do ogólnego statystyk serwisów Interii doliczani są unikalni użytkownicy, odsłony oraz kliknięcia serwisu  Chomikuj.pl. Przychodzi ci na myśl “kreatywna księgowość“? Co ciekawe, jak donosi AW, to żaden ewenement w naszym kawałku sieci. Podobnie robi serwis o2.pl z Kurnikiem i inni. Ciekawostką jest wypowiedź prezesa Interii, który wprost oświadczył “Ruch ten jest odpowiedzią na analogiczne ruchy konkurencyjnych grup witryn”.
Dzisiaj AW kontynuuje ten wątek. W artykule: “Spieszcie kupować ruch, bo po zakupach Agory tak niewiele zostało” Hazan opisuje kolejne kreatywne zakupy. Tym razem Gazeta.pl kupiła statystyki i unikalnych użytkowników forum sfd.pl, insomnia.pl i katalogi.pl. Wszystko po to, żeby zapunktować w comiesięcznym rankingu witryn, prowadzonych przez Megapanel PBI/Gemius.

Takich informacji nie znajdziemy w poszczególnych portalach,  działy public relations aż nadto dbają o wizerunek swojej firmy. Nawet konkurencja nie wytyka innym takich praktyk, bo sama robi podobne manewry. Dobrze, że mamy blogi. Polecam Antyweb i obie wspomniane notki. Generujmy ruch na blogach, może choć one nie odsprzedadzą nas rozpędzonym behemotom medialnym. I ciekawa rzecz, ile zachodu mogą sprawić mało znaczący UU – unikalni użytkownicy. Ty i ja. My.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 2.5 Polska.

10.04.2009

Wolny e-PIT 37

Foto / Asen: Mój drogi podpis elektroniczny

Kiedy w kwietniu ubiegłego roku Ministerstwo Finansów udostępniło możliwość składania zeznań podatkowych w formie elektronicznej przez internet, nie wywołało to prawie żadnego poruszenia. Aby skorzystać z takiej możliwości należało wcześniej nabyć kwalifikowany podpis elektroniczny oraz zgłosić do urzędu skarbowego zamiar składania deklaracji w tej formie. Koszt podpisu to około 500 zł na 2 lata.
Wiele czasu minęło gdy prezydent Aleksander Kwaśniewski w październiku 2001 roku w świetle reflektorów i otoczeniu dziennikarzy podpisał ustawę o podpisie elektronicznym.

Co się wydarzyło przez te ponad 7 chudych lat? Jak to w kapitalizmie, pojawiły się firmy, które zaoferowały świadczenie tego rodzaju usług, rząd rozpisał przetarg i za ogromne pieniądze sprzedał kilku z nich koncesje na podpis elektroniczny. Jako, że nacisk położono na bezpieczeństwo przez duże B, koszt pojedynczego podpisu wyniósł około 300 zł na rok i nie wzbudził żadnego zainteresowania na rynku.
Firmy, które tak fatalnie zainwestowały swoje środki, niechybnie by poupadały gdyby nie łaskawe rozwiązanie polskiego ustawodawcy. Kilkaset tysięcy przedsiębiorców w Polsce, którzy od wielu lat korzystali z prywatnych kluczy wygenerowanych przez Program Płatnik i… chyba bezpiecznie wysyłali deklaracje ubezpieczeniowe w formie elektronicznej, dowiedzieli się, że od 21 lipca 2008 roku wszystkie te dokumenty przekazywane do ZUS należy podpisywać bezpiecznym podpisem elektronicznym. Wspomnę tylko, że firma  zatrudniająca ponad 5 pracowników ma obowiązek składać deklaracji ZUS wyłącznie w formie elektronicznej.

Życie zatoczyło koło

Od początku bieżącego roku Ministerstwo Finansów wysyłało pierwsze komunikaty, że udostępni możliwość składania zeznań rocznych bez kwalifikowanego podpisu. RMF FM podało nawet, że pity będzie można składać mailem. I choć daty się przesuwały, od wczoraj (9 kwietnia br.) można składać deklaracje PIT-37 bez podpisu elektronicznego. Czym zastąpiono tak wielkie i drogie zabezpieczenia, które udostępniał podpis kwalifikowany? Wystarczy wpisać kwotę przychodu z ubiegłorocznego pitu (poz.58 lub 85). Prostota poraża? Jak donosi Gazeta.pl: “333 osoby skutecznie złożyły w czwartek do godziny 16 roczne zeznania podatkowe PIT-37 za 2008 r. (…) To niemal tyle samo, ile w czasie rozliczeń za 2007 r. z bezpiecznym podpisem.

Screen / Asen: Mój tani Ubuntu 8.10

To nie wszystkie pochwały na jakie zasłużyło sobie Ministerstwo Finansów. Do wypełniania e-deklaracji PIT-37 przygotowano  specjalną aplikację desktopową, która funkcjonalnie jest podobna do dostępnych na rynku programów do wypełniania pit’ów. Dodatkowo obejmuje ona cały proces wysyłania wypełnionego formularza wraz z załącznikami oraz odbierania potwierdzeń UPO. Aplikacja korzysta ze środowiska Adobe Air, wymaga oprogramowania Adobe Reader 8.1.4 (lub nowszy), a co najważniejsze działa pod systemami Windows, Linux i Mac.

To duży postęp i na pewno zostanie pozytywnie odebrany przez dziesiątki internautów, którzy nie korzystają, bądź nie chcą być zmuszeni korzystać z komercyjnego systemu Windows. Mogę potwierdzić, że aplikacja desktopowa poprawnie działa w moim Ubuntu 8.10. Mimo bardzo niewielkiego doświadczenia z dystrybucjami linuksa poradziłem sobie z aktualizacją Adobe do 8.1.4, natomiast instalacja aplikacji przebiegła tak samo prosto, jak w używanym od lat windowsie.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 2.5 Polska

02.04.2009

Zwrot za okna w pit. Fiskus ustąpił

Expression of freedom, foto: Rosh PR (flickr)

W marcu bieżącego roku podatnicy zostali zaskoczeni rozsyłanymi przez spółdzielnie mieszkaniowe deklaracjami PIT-8C, z których wynikało, że powinni zapłacić podatek dochodowy od kwoty refundacji za wymianę stolarki okiennej. Pomimo, że na pierwszy rzut oka było widać, że członek spółdzielni, który wpłaca środki na fundusz remontowy i zapłacił za okna z własnej kieszeni, nie uzyskał żadnego przysporzenia,  Ministerstwo Finansów twardo stało na stanowisku, że jest to przychód z innych źródeł i nie jest wymieniony w katalogu zwolnień przedmiotowych (art. 21 ustawy o pdof.).

W poprzednim artykule: “Wymiana okien w pit, zapłaciłeś to płać” wymieniłem kilka opinii naczelników urzędów skarbowych, które były ze sobą na tyle sprzeczne (niejednolite jak twierdziło MF), że samo musiało wydać własną interpretację z 14 lutego 2007 r. Po publikacji Gazety Prawnej (20.03 br.), która opublikowała wiele opinii ekspertów, krytykujących stanowisko fiskusa, MF opublikowało kolejną interpretację, sygnatura DD3/033/33/KDJ/09/209 ; co ciekawe datowana na 17.03 br. W interpretacji czytamy:

Jednakże z uwagi na utrwalony w orzecznictwie sądowo-administracyjnym odmienny (…) pogląd, Minister Finansów podjął decyzję o odstąpieniu przez Ministerstwo Finansów i organy podatkowe od dotychczas stosowanej interpretacji i uznał, że otrzymanie od spółdzielni mieszkaniowej zwrotu wydatków poniesionych na wymianę stolarki okiennej nie stanowi dla osób mających spółdzielcze prawa do lokali mieszkalnych, przychodu podlegającego opodatkowaniu“.

Przepychanki pomiędzy urzędnikami i ekspertami, a nawet urzędnikami i urzędnikami, interpretacje i zmiany interpretacji przepisów nie przynoszą polskiemu systemowi podatkowemu chwały, ani zaufania. Pozytywne jest jednak to, że w tym przypadku MF zareagowało na krytyczne opinie ekspertów i orzecznictwo sądów administracyjnych i nie broniło swojego stanowiska “do krwi ostatniej” jak to miało miejsce w przypadku akcyzy za samochody osobowe, czy przepisów dotyczących odliczenia VAT od samochodów z kratką.

——
Zobacz także. Gazeta Prawna: Fiskus rezygnuje z PIT za wymianę okien

Fotografia: Expression of freedom by Rosh PR (CC: BY-NC-SA)

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 2.5 Polska.

27.03.2009

Myślisz o zakupie netbooka?

Filed under: Uncategorized — asen24 @ 19:22
Tags: , , , , , ,

Od lat skazani jesteśmy na informacyjny monopol. Producenci chętnie informują o swoich produktach, gromko je zachwalają, reklamują, koloryzują, a jeśli sytuacja tego wymaga ‘prawie kłamią‘. Internet z natury rzeczy miał pełnić rolę nieskrępowanej wymiany informacji, miał pełnić, ale nie pełni. Sądzę jednak, że ten monopol można złamać, mimo tego, że producenci i pośrednicy mocno okopali się na swoich pozycjach i nie chcą ich opuścić.

Mimo tego, że powstają serwisy w których internauci mogą wyrażać swoje opinie na temat różnych produktów, np. Znam.to ; wiele recenzji publikowanych jest przez pseudointernautów, czyt. pracowników działów PR, którzy wywiązują się z tego zadania lepiej lub gorzej, coraz częściej… lepiej. Podobną sytuację można zaobserwować w porównywarkach cenowych, np. Ceneo.pl, które umożliwiają pozostawanie komentarzy. Czy zachwyty nad produktem to zasługa działu PR, a ostra krytyka produktu, to działania konkurencji? Albo idźmy dalej czy seria banalnych komentarzy wychwalających produkt to dzieło niedouczonego PR-owca, czy może perfidne działanie rywali? Naprawdę łatwo popaść w paranoję.

Nagłówek serwisu 'tomasz.topa.pl'

Uratować może nas tylko rozsądek i blogosfera. Czytam regularnie kilkanaście blogów i poznałem już nieco ich autorów, często komentują nowinki, które mieszczą się w ich kręgu zainteresowań i takie wpisy cenię sobie najbardziej.

Recenzję netbooka ASUS EeePC 1000HE opublikował wczoraj Tomasz Topa. Jestem stałym czytelnikiem jego bloga, od dłuższego czasu podglądam także, to co zdecydował się odsłonić, na polskim twitterze, czyli blipie ( http://tomasztopa.blip.pl ). Stąd wiem, że długo zastanawiał się nad zakupem netbooka, męczył znajomych, czytał komentarze, dyskutował i… kupił.

Tomasz opublikował recenzcję pod tytułem: ASUS EeePC 1000HE – mój nowy supEeer netbook ; jeżeli skłaniasz się do zakupu netbooka powienieneś przeczytać ten tekst. Nie jest nawet ważne, czy zdecydujesz się na ten sam model, np. ja bym go nie wybrał, na minus zaliczyłbym cenę, i moim priorytetem nie jest pojemność baterii, ale takich recenzentów szukam w internecie. W sam raz do działu BLOGO MI.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska.

20.03.2009

Wymiana okien w pit, zapłaciłeś to płać

PIT-8C / Informacja o przychodach z innych źródeł

Z końcem lutego upłynął termin przekazywania podatnikom deklaracji na podstawie, których do końca kwietnia mają złożyć swoje zeznania roczne. Jednak w połowie marca wiele osób w skrzynkach pocztowych znalazło nieoczekiwany PIT-8C, z którego wynika, że powinni zapłacić podatek dochodowy od zwrotu kosztów za wymianę stolarki okiennej. W wielu przypadkach jest to kwota wyższa niż 3 tys. złotych, a to oznacza dopłatę w podatku nawet 600 zł i oczywiście korektę zeznania, jeżeli już oddali swój pit do Urzędu Skarbowego.

Konieczność złożenia korekty to najmniejszy problem, jest na to czas i wina leży po stronie płatnika, czyli spółdzielni mieszkaniowej. Podatnikowi nie grożą z tego tytułu żadne konsekwencje. Zamieszanie polega na tym, że podatnikom trudno zrozumieć dlaczego powinni podatek zapłacić. Spółdzielnie mieszkaniowe w czynszu zbierają środki na fundusz remontowy i do nich należy obowiązek utrzymywania zasobów mieszkaniowych w należytym stanie, dokonywanie remontów, w tym także wymiana stolarki. Dodatkowe wydatki, które ponieśli członkowie spółdzielni, ponad to co płacą w funduszu remontowym, które zostały w formie refundacji im zwrócone, nie stanowią u nich żadnego przysporzenia majątkowego, a co za tym idzie, nie są przychodem z innych źródeł, o których mowa w art. 20 ust. 1 ustawy o podatku dochodowym, który wykazywany jest w deklaracji PIT-8C.

Aby przedstawić to najprościej jak można, wyobraźmy sobie, że za okna płaci spółdzielnia z funduszu remontowego, członek spółdzielni nic nie płaci, nie otrzymuje zwrotu, nie ma przychodu z innych źródeł, nie ma podatku.

Kto tu powinien się znać na podatkach?

Dlaczego w takim razie spółdzielnie mieszkaniowe wysyłają swoim członkom PIT-8C, i dlaczego tak późno. Najwyraźniej jest to spowodowane interpretacją dyrektora Izby Skarbowej w Warszawie (nr IPPB2/415-1423/08-2/AS) wydanej 17 grudnia 2008 r. Skomplikowany system podatkowy powoduje, że podatnicy są zmuszeni występować po interpretacje do urzędników państwowych. Do tego już się przyzwyczailiśmy, ale co wtedy, gdy inny urzędnik z innego Urzędu Skarbowego podaje odwrotną interpretację? Zobacz interpretację wydaną przez Urząd Skarbowy w Prudniku: ( nr PD-406/2/07 ).

W 2007 roku po niejednolitych interpretacjach, które wydali Dyrektor Izby Skarbowej w Katowicach i Naczelnik Urzędu Skarbowego Kraków Prądnik Ministerstwo Finansów w piśmie z 14 lutego 2007 r. zajęło stanowisko, że refundacja jest przychodem z innych źródeł, mimo tego dopiero teraz po dwóch latach spółdzielnie mieszkaniowe zaczęły rozsyłanie PIT-8C ( zobacz: Księgowość Infor.pl ).

Pomimo zajęcia takiego stanowiska eksperci jednoznacznie krytykują taką interpretację. Zobacz artykuł Ewy Matyszewskiej, pt. “Wymiana okien: zwrot kosztów w PIT” opublikowany w dzisiejszej Gazecie Prawnej, oraz artykuł Roberta Adamczewskiego, w Rzeczpospolitej:  “Zwrot kosztów wymiany okien nie musi być przychodem“.

Co może podatnik?

Właściwie nic. Kiedy przerzucają się argumentami etatowi urzędnicy państwowi i eksperci podatkowi, podatnik może tylko siedzieć cicho, i obserwować co się stanie albo dolewać oliwy do ognia, licząc na wzbudzenie zainteresowania opinii publicznej co niniejszym artykułem czynię.
Warto także przyglądnąć się swojemu rozliczeniu podatkowemu, jeżeli już spadł na ciebie ten cios w postaci PIT-8C, w wielu przypadkach może się okazać, że zdeklarowanie kwoty refundacji nie spowoduje zwiększenia zobowiązania podatkowego. taka sytuacja może wystąpić w wielodzietnych rodzinach o niskich dochodach, które nie mogły odliczyć całej kwoty wynikającej z ulgi na dzieci. Pozostali, którzy faktycznie musieliby dopłacić, mogą złożyć korektę i jednocześnie złożyć wniosek o stwierdzenie nadpłaty. Warto też wstrzymać się ze złożeniem deklaracji czy korekty jak również z dokonywaniem dopłat. Termin złożenia deklaracji mija dopiero 30 kwietnia i wiele do tego czasu może jeszcze się zmienić.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na
licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska.

19.03.2009

Dlaczego kolejny serwis dziennikarstwa obywatelskiego?

How Liveblogging is Changing Journalism by digitaljournal.comDlaczego kolejny serwis dziennikarstwa obywatelskiego? Odpowiedź jest dosyć prosta – istniejące serwisy nie realizują idei bezpłatnego dzielenia się informacją, lub czynią to w sposób niewystarczający, a niektóre wręcz błądzą. Dlatego trzeba zawrócić do źródeł. Określenie “dziennikarstwo obywatelskie” jest mylące, ale jednak na tyle nośne, że chcemy się z nim identyfikować.

Już pierwszy człon, “dziennikarstwo”, wprowadza w błąd. Sugeruje, że autor jest dziennikarzem, tylko innego rodzaju. Amatorem, entuzjastą, hobbystą, a może nudzi mu się, albo ma wygórowane ego do tego stopnia, że gotów jest rzucać wyzwanie profesjonalnym dziennikarzom, zatrudnionym w redakcjach – często (choć nie zawsze) z zapleczem w postaci wyższego wykształcenia.

Dlatego pierwsze sprostowanie: mówimy o ludziach, którzy opublikują, bądź tylko zasygnalizują materiał dziennikarski. Może on dotyczyć ich najbliższego otoczenia, tematyki zawodowej, lub przypadkowej obserwacji. Nie trzeba wielkim dziennikarzem być, aby przygotować materiał taki jak ten: Jan Rokita wyprowadzony w kajdankach z samolotu; pomijam fakt, czy temat jest wartościowy. Alert24.pl nagrodził autora tego doniesienia albumem Dekady 1945-2005.

Natomiast określenie “obywatelski” spycha inicjatywę na poletko lokalnej społeczności, poletko działacza. Oczywiście, traktujemy je jako swoje, albo to tylko fragment naszej aktywności. Poletko ucznia czy studenta to jego szkoła, bądź uczelnia, poletko księgowego to podatki, poletko biologa to problem GMO. Gracz także może być dziennikarzem obywatelskim, bo jak nikt zna arkana gry, jej jasne i ciemne strony.

Niepotrzebne są nam spory, czy dziennikarz obywatelski zasługuje na takie miano, czy nie zaniża poziomu (o ile jeszcze media trzymają jakiś poziom). Rewolucja informatyczna wprowadziła do krwiobiegu dotychczasowych odbiorców. Czytelników, widzów, uczestników imprez. Z dnia na dzień z odbiorców stali się komentatorami i albo komentarz jest cenny, albo bezwartościowy. To jedyne kryterium, którym chcemy weryfikować materiał dziennikarski. Równie cenna jest dla nas aktywność w komentarzach pod artykułami, które często wnoszą więcej niż sam tekst. Trafnie podsumował to Dan Gillmor, autor książki: My, Media: “Moi czytelnicy wiedzą więcej niż ja…” (My readers know more than I do…).

Kiedy pod koniec 2006 roku, magazyn Time uznał człowiekiem roku Ciebie, Time’s Person of the Year: You trafnie zauważył wyrwę, która nastąpiła w monopolu mediów na dystrybucję informacji. Obserwatorzy zdarzeń 11 września 2001 roku w Nowym Jorku, wysyłając mms-y, robiąc i publikując zdjęcia, telefonując – wyszli z roli obserwatorów i stali się dostarczycielami informacji. Nie były ważne ich kwalifikacje dziennikarskie, materiał, który publikowali bronił się sam. Dzisiaj, prawie dekadę później, internauci mają cały arsenał dziennikarskich gadgetów, telefony komórkowe są w powszechnym posiadaniu, miniaturowe aparaty fotograficzne, które robią wysokiej rozdzielczości zdjęcia, a nawet dobrej jakości filmy, dyktafony, laptopy z dostępem do internetu, czy wręcz netbooki, które mieszczą się już w damskich torebkach. Z tych wszystkich atrybutów umiemy korzystać.

Ten potencjał  dostrzegły media, najpierw wspominany Time, a później falą powstające serwisy dziennikarstwa obywatelskiego, kuszące hasłami: Pisz, Fotografuj, Nagrywaj. Bądź szybszy niż dziennikarz!. Serwisy jednak wkrótce upodobniły się do mainstreamowych tabloidów, plotkarskie tematy o życiu celebrytek, sensacje, jak wspominane wyprowadzenie w kajdankach polityka, nagłówki nastawione na maksymalizacje kliknięć i odsłony, odsłony, odsłony… Jak prasa stacza się coraz niżej usiłując wzbudzić zainteresowanie masowego odbiorcy, tak samo stacza się dziennikarstwo obywatelskie, naszpikowane zresztą znienawidzonymi przez internautów kampaniami promocyjnymi i wyskakującymi płachtami reklamowymi. Na Wykopie rozbawienie wywołał tekst: “Operatorzy telekomunikacyjni prawie kłamią”, opisujący mechanizmy manipulacji cennikiem, który był zasłonięty billboardem: ‘Szybki internet przez rok za free’. Zobacz: TUTAJ.

Tezę, iż faktycznie nastąpiła rewolucja w przekazie i członkom społeczności oddano wpływ na dyskusję społeczną, zaraz po publikacji Time’a (18.12.2006), kwestionował Vagla, w swoim tekście: Serwisy społecznościowe: wojna postu z karnawałem. Napisał między innymi: “Wedle komentarzy – nadchodzi rewolucja (ewolucja) informacyjna, ale wydaje mi się, że to tylko pozory. Coś się zmienia, jednak niekoniecznie chodzi o oddanie członkom społeczności wpływu na dyskusje publiczną, na dystrybucję treści. Zmienia się tylko model kontroli nad treściami [...] Ale nadal to nie końcowy użytkownik kontroluje te treści, a zmiana następuje jedynie na funkcji dystrybutora (…). To nie jest wiek użytkowników. To jest wiek nowych pośredników”.

A pośrednicy, zwłaszcza uzależnieni od wyniku finansowego, będą zainteresowani najpierw zyskiem, a dopiero potem społecznym interesem. I tego nikt nie kwestionuje. Zupełnie naturalnym wydaje się, że właściciel serwisu dziennikarstwa obywatelskiego, Wiadomości24.pl, na jego łamach promuje swój dziennik “Polska”. Ze zdziwieniem odbiera on, że inwazyjne kampanie reklamowe nie podobają się czytelnikom. Dzieli tekst na wiele stron, by osiągnąć więcej odsłon, co także nie przynosi czytelnikowi żadnej korzyści. Inny przykład to TVN, który przerzuca całą odpowiedzialność na Autora, a cały zysk skwapliwie zamierza realizować na wszystkich swoich platformach. Zobacz: Regulamin TVN Kontakt.

Nie jest naszym celem kwestionowanie sensu istnienia korporacyjnych platform dziennikarstwa obywatelskiego, a tym bardziej nie zamierzamy ich dyskredytować. Przeciwnie, chcemy z tymi serwisami współpracować. Licencje na których Autorzy będą publikować treści wręcz umożliwiają łatwe ich publikowanie na innych platformach. Chcemy współpracować, ale także bacznie przyglądać się ich poczynaniom i bezkompromisowo wytykać błędy. Krytykować i poprawiać. Nie dlatego, że jesteśmy przeciwnikami, czy banitami. Dlatego, że uważamy, iż nadrzędnym celem, który wszystkie podmioty medialne powinny mieć zawsze na uwadze, jest dobro czytelnika. Dlatego, iż uważamy, że konkurencja (niekoniecznie pod względem ekonomicznym) prowadzi do tego, co jest najważniejsze dla odbiorcy – do polepszania jakości przekazu.

Model finansowania, jaki przyjęły korporacyjne serwisy, jest prawdopodobnie jedynym możliwym. Tak samo, jak przywiązywanie czytelnika-autora do swojej marki. Swoboda publikowania w internecie pozwala nam jednak zaproponować alternatywę.

Serwis internetowy zbudowany przy minimalnych kosztach finansowych, oparty na dobrowolnej pracy wolontariuszy. Właścicielem tekstów pozostaje Autor i sam będzie decydował o ich republikowaniu na innych platformach, także tych korporacyjnych. Liczymy zresztą na współpracę zarówno z Autorami publikującymi w różnych miejscach, jak i z serwisami dziennikarstwa obywatelskiego. Fakt, że nie zgadzamy się w wielu kwestiach, nie oznacza, że nic nas nie łączy. Przeciwnie – cieszy nas aktywność internautów, którą wzbudziły właśnie takie serwisy jak Wiadomosci24.pl, MM Moje Miasto, Ithink czy Interia360. W te osoby chcemy inwestować.
Celem serwisu jest zintegrowanie osób, które pragną wyrażać swoją aktywność przez publikowanie na różnych platformach. Porozumienie ponad podziałami, które sztucznie są tworzone. Wymiana doświadczeń, szlifowanie warsztatu, wspólne projekty. Wiele pracy przed nami, i nie osiągniemy tych celów w kilka osób. Dlatego potrzebujemy Ciebie, Człowieka Roku 2006.

Fotografia: How Liveblogging is Changing Journalism by digitaljournal.com (CC: BY-NC-ND)

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na
licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska.

17.02.2009

Oswojone dziennikarstwo obywatelskie

How Liveblogging is Changing Journalism by digitaljournal.com

How Liveblogging is Changing Journalism by digitaljournal.com

Dziennikarstwo obywatelskie odnotowało w ostatnich dniach hit. Serwis Alert24.pl opublikował relację naocznego świadka (internauta Halny) z wyprowadzenia w kajdankach Jana Rokity z samolotu na lotnisku w Monachium. Zobacz cały tekst: Jan Rokita wyprowadzony w kajdankach z samolotu. Jak należało się spodziewać tekst trafił na czołówki Gazety.pl, a za nią na czołówki polskiej prasy. Rozpętała się publiczna dyskusja. Rokitowie przedstawili zupełnie inny obraz sytuacji. W relacji Halnego awanturującym był Jan Rokita, w relacji zainteresowanych wina leżała po stronie interweniujących ochroniarzy. Ostatecznie ten aspekt przestał być istotny, a relacje uderzyły w tony nadużycia uprawnień, a nawet relacji polsko-niemieckich.

Tekst zapewne zostanie nagrodzony i mogłoby się wydawać, że wszystko jest w porządku, że dziennikarstwo obywatelskie pokazało przyjazną twarz, bo dostarcza informacji z pierwszej ręki od naocznych świadków, i to w rekordowym czasie, news obiegł polską prasę zanim jeszcze Rokitowie powrócili do kraju.

Mimo tego, że materiał wypełnia założenia dziennikarstwa obywatelskiego, czyli pisz, fotografuj, nagrywaj nachodzą mnie wątpliwości czy (o take Polske) o taką obywatelskość walczyliśmy.

News spełnia wszystkie elementy gorącego materiału dziennikarskiego, jest skandal, są celebryci, są stosunki międzynarodowe – tylko należałoby zapytać, czy wiadomość, która być może warta była ledwie wspomnienia słusznie znalazła się na czołówkach wszystkich polskich mediów. Czy naprawdę była to najważniejsza wiadomość dnia, mogę domniemywać, że dziennikarze usychali z tęsknoty za jakimkolwiek materiałem, i z radością przyjęli taki gniot, albo że kierują się innymi przesłankami w ocenianiu co jest ważnym tematem niż moja osoba.

Od wielu lat obserwujemy kryzys prasy. Wypełnianie misji publicznej przeminęło bezpowrotnie jak idea olimpijska Coubertina. Media zmieniły priorytet, w ich przypadku jak i w podczas zmagań sportowych ideą i celem stał się zysk. I dziennikarstwo obywatelskie doskonale nadaje się do realizowania tego celu. Po pierwsze jest tanie lub wręcz bezpłatne, żaden korespondent nie został wysłany na lotnisko, koszty pozyskania topowego newsa zamykają się w 99 zł (licząc cenę detaliczną: nagroda tygodnia Alert24.pl – 6 tomików kolekcji Dekady 1945-2005), a materiał o Rokitach nie spełnia misji publicznej. Spełnia natomiast bezpośrednio cele Wydawcy nastawionego na osiągnięcie zysku. Takie mamy media jakie oczekiwania wobec nich kierujemy. To prawda, ale to tylko jeden aspekt działania jednego ciała na drugie. Prawo Newtona wspomina o wzajemnym działaniu ciał na siebie, warto się zatem zastanowić jak oddziałuje na swoich czytelników koncern medialny, i jaka jest jego rola w kreowaniu rzeczywistości, i jak szybko dziennikarstwo obywatelskie zostanie udomowione i prowadzane na smyczy. I, co najważniejsze,  czy takie oswojone dziennikarstwo obywatelskie jest nam w ogóle potrzebne? Odpowiedz sobie czytelniku sam.

Photo: How Liveblogging is Changing Journalism by digitaljournal.com (CC BY-NC-ND)

—–
Przeczytaj także: Krytycznie o dziennikarstwie obywatelskim w tekście Macieja Lewandowskiego:
“We the media” – ty także jesteś dziennikarzem

09.01.2009

PAP się myli, a za nim… reszta

Interia.pl / BiznesJeżeli PAP się myli… polskie media stosując metodę ‘copy-paste’ rozpowszechniają błędy na swoich platformach. Interia, Onet, Puls Biznesu, a nawet przez chwilę Gazeta Prawna bezrefleksyjnie podały, że: „od początku 2009 r. roku stawka odsetek za zwłokę od zaległości podatkowych wynosi 9,75 proc. kwoty zaległości w stosunku rocznym” powołując się na czwartkowy komunikat Ministerstwa Finansów (MF).
Niestety, ktoś nie doczytał. Stawka odsetek podatkowych nie zmieniła się i wynosi jak dotąd „200 % podstawowej stopy oprocentowania kredytu lombardowego”. Po ostatnich zmianach stóp procentowych (24.12.2008 r.) jest to 13 proc.

Skąd więc PAP a za nim portale wzięły stawkę 9,75 proc.? Faktycznie coś dzwoni, ale nie w tym kościele. Od 1 stycznia br. Ordynacja Podatkowa wprowadziła nowe rozwiązanie (Art. 56. § 1a.)
W przypadku złożenia prawnie skutecznej korekty deklaracji wraz z uzasadnieniem przyczyn korekty i zapłaty w całości, w ciągu 7 dni od dnia złożenia korekty, zaległości podatkowej, stosuje się obniżoną stawkę odsetek za zwłokę w wysokości 75 % stawki, o której mowa w § 1. Stawka odsetek za zwłokę jest zaokrąglana w górę do dwóch miejsc po przecinku„.
Zobacz także: www.pit.pl/odsetki_podatkowe_283.php

Zatem chodzi tu o sytuację, gdy podatnik składa korektę deklaracji podatkowej, z której wynika obowiązek zwiększenia zobowiązania. Jeżeli w ciągu 7 dni od dnia złożenia korekty dopłaci różnicę, może wówczas zastosować obniżoną stawkę odsetek za zwłokę… i tej obniżonej stawki dotyczył komunikat MF.
——
To częste zjawisko w samo powielającym się strumieniu informacji. Pojawia się notka PAP, a za nią po całym polskim internecie jak grzyby po deszczu pojawiają się jej klony, nawet gdy PAP poda sprostowania pędzący do przodu czołg informacyjny już o to nie dba.

Niedawno Dziennik Internautów podał za amerykańskim serwisem Shapingyouth.org wiadomość, że w ubiegłym roku wysłaliśmy 2,5 tryliona wiadomości SMS. Jeden z komentatorów policzył, że aby osiągnąć taką liczbę sms’ów każdy mieszkaniec Ziemi (6,75 mld) musiałby wysyłać 700 sms’ów na minutę przez cały rok. Faktycznie chodziło o 2,5 biliona sms’ów ( zobacz: Amerykański trillion to bilion ). Dziennik Internautów poprawił swoją wiadomość. Gazeta.pl ; Money.pl ; Wolnemedia.h2.pl ; CyberWielkopolska już nie. Nadal straszą trylionami sms’ów rocznie.

Czasem nawet i u źródła trudno sprostować informację. 15 października 2008 roku Gazeta podała: „posłowie podwyższyli pułap wejścia na VAT do 150 tys. zł„.  To dosyć istotna informacja, w artykule Rafał Zasuń wspomina m.in. o taksówkarzach, którzy często robią sobie urlop w grudniu bo nie opłaca im się przekroczyć progu wejścia na VAT pod koniec roku, teraz zgodnie z wyraźną informacją z artykułu „Ustawa trafi teraz do Senatu. Ma zacząć obowiązywać 1 grudnia” mogą sobie popracować… otóż nie.
Polskie MF faktycznie zabiega o podniesienie tego limitu, jednak do dzisiaj nie jest on podniesiony.

Wysłałem list do Gazety, korzystając z formularza Zgłoś Problem. Formularz odpowiedział: „Zgłoszony błąd sprawdzimy jak najszybciej„. Dzień później nawet otrzymałem maila o treści: „Problem został zgłoszony. Dziękujemy za list. Pozdrawiamy. Załoga Gazeta.pl„. Ja też pozdrawiam i przypominam, że błąd nadal wisi i straszy.

10.12.2008

ZUS. Elektroniczna Wymiana Dokumentów

Filed under: Finanse,ZUS — asen24 @ 14:46
Tags: , , , , ,

Jak to wygląda w praktyce? Ano tak. Przedsiębiorcy zdarzyło się chorobowe, pierwszy raz od 8 lat. ZUS przestudiował więc jego historię wpłat i deklaracji od początku działalności, czyli od 2000 roku. Okazało się, że przedsiębiorca ‘zgrzeszył’, w 4.2005 wpłacił za mało 35zł (dopłacił, ale po terminie), a w 11.2005 roku zapłacił dwa dni za późno. A jeżeli zgrzeszył, to stracił prawo do ubezpieczenia chorobowego trzy lata temu. ZUS nie miał obowiązku go o tym informować, ale teraz, skoro przedsiębiorca domaga się chorobowego, to przestudiował i informuje.

Długaśne pismo, w którym ZUS informuje, co tylko księgowy wyczytał, bo nikt normalny by nie wyczytał, że nie jest tak źle, bo przedsiębiorca płacił raczej porządnie i za to „został objęty dobrowolnym ubezpieczeniem chorobowym na zasadzie wniosku dorozumianego”. Ale za wyjątkiem tych dwóch feralnych miesięcy. Księgowy się domyślił, że nie wpłynie to na wypłatę aktualnego świadczenia chorobowego, ale trzeba porobić korekty. Tu już był konieczny dialog księgowego z urzędnikiem z ZUS.

Korekty, cóż prostszego?

  • (ZWUA) Wyrejestrować z wszystkich ubezpieczeń od 1.4.2005
  • (ZUA) Zarejestrować na ubezpieczenia bez chorobowego od 1.4.2005
  • (ZWUA) Wyrejestrować z wszystkich ubezpieczeń od 1.5.2005
  • (ZUA) Zarejestrować na ubezpieczenia z chorobowym od 1.4.2005
  • (ZWUA) Wyrejestrować z wszystkich ubezpieczeń od 1.11.2005
  • (ZUA) Zarejestrować na ubezpieczenia bez chorobowego od 1.11.2005
  • (ZWUA) Wyrejestrować z wszystkich ubezpieczeń od 1.12.2005
  • (ZUA) Zarejestrować na ubezpieczenia z chorobowym od 1.12.2005

aha… i korekty za 4 i 11.2005, wyrzucić składkę na ubezpieczenie chorobowe, będzie nadpłata ok. 70zł i już. Wysyłane elektronicznie na serwer warszawski, opatrzone podpisem elektronicznym 10 przesyłek… tylko, że…
Pani z okienka nie ma podglądu tych deklaracji, to znaczy będzie mieć… w poniedziałek, a może raczej, w pierwszy poniedziałek po upływie 7 dni? Nie wiadomo. Tak czy owak, dziś, jutro, pojutrze mieć nie będzie, a sprawa ma swój tryb i musi się toczyć.
Rozwiązanie jest proste. Przedsiębiorca bierze, te 10 przesyłek, drukuje 16 kartek (bo korekty miesiąca mają po 4 strony), plus 10 kartek potwierdzeń, że Warszawa przyjęła. Pakuje te 26 kartek do foliówki po uprzednim logicznym poukładaniu ich chronologicznie i piechotą bądź automobilem zmierza do swojego inspektoratu ZUS, zalicza odpowiedni pokój. 26 kartek zostaje przyjęte ze zrozumieniem, szybko gładko, do widzenia – w razie czego telefon. (Amazonia myślała, że elektroniczna wymiana dokumentów wpłynie na jej wycinanie…).
Żeby nie było tylko anty, urzędniczka była gotowa przyjąć dokumenty… faxem. 26 szt.

Edit.
Życie dopisuje scenariusz. Zaledwie wczoraj napisałem wpis, a dzisiaj zapowiedziała się kontrola mikrofirmy (pracodawca+pracownik) za trzy lata. Co należy przygotować? Listy płac – to zrozumiałe, dowody wpłat składek – to już mnie zrozumiałe, i… kopie deklaracji za trzy lata (zwykły absurd, choć żadne zaskoczenie). Moja drukarka HP w 5 min. poradziła sobie z wydrukiem 108 stron. 36 miesięcy po trzy kartki każdy.
————–
Żeby nie wprowadzać zamieszania podpis elektroniczny nie jest konieczny przedsiębiorcy rozliczającemu się indywidualnie. Obowiązek taki spoczywa na przedsiębiorcach zatrudniających od 5 pracowników wzwyż, choć jak znam życie powierzyli oni wysyłanie dokumentów firmie zewnętrznej. Tematem notki jest nieśmiertelne ksero i przynoszenie dokumentów urzędnikowi na rączkę, chociaż ma a może powinien je mieć w swoim komputerze.

Następna strona »

Theme: Rubric. Blog na WordPress.com.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.